Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Percy Jackson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Percy Jackson. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 stycznia 2016

Rozdział IV (Reyna)

              Siedzieliśmy z Jasonem w Via Praetoria i próbowaliśmy stworzyć plan jednej ze świątyń. Nie za bardzo nam to szło. W pomieszczeniu było zimno. A mój nowy płaszcz, który dostałam od Ateny, chociaż kuloodporny, nie zapewniał, ani trochę ciepła. Na stole zawalonym ogromną ilością papierów, postawiłam gorącą czekoladę, która już dawno zdążyła wystygnąć. Jason od niechcenia machnął ołówkiem kolejną kolumnę na kartce leżącej przed nim.
- To bez sensu. – stwierdził, podpierając głowę rękoma. Odruchowo sięgnęłam po kubek i wypiłam łyk. Napój był zimny i gorzki.
- Fuj! – powiedziałam głośno. Syn Jupitera roześmiał się. Odsunęłam czekoladę daleko od siebie, aby jeszcze raz jej nie spróbować. Ja także się uśmiechnęłam. Jednak, kiedy spojrzałam w niebieskie oczy chłopaka, od razu spoważniałam.
- Kończmy już to. – powiedziałam ostro. Nasza rozmowa w końcu zawsze tak wyglądała. Jeśli chodzi o herosów płci męskiej, zachowywałam się normalnie tylko przy Nico, albo przy Franku. Poza tym „normalnie” to też w moim przypadku pojęcie względne. Ale przy nich czułam, że mogę choć na chwilę przestać udawać.
            Chłopak chyba zauważył moje dziwne zachowanie, bo spojrzał na mnie i westchnął.
- Reyna – zaczął – wiem, jak się czujesz…
- Nie wiesz, jak się czuję i proszę cię, nie drąż tego tematu. – szepnęłam niemal błagalnie. W pokoju zaczynało się robić coraz bardziej niezręcznie. Po raz setny pochyliłam się nad kartką papieru i założyłam czarnego warkocza za ramię.
- Przydałaby się Annabeth – skomentowałam, nie patrząc w stronę Jasona.
- Zostawmy to dzisiaj – powiedział. Spojrzałam na niego dziwnie, ale odłożyłam ołówek. – I tak nic z tego nie będzie. Pomyślałem… Pomyślałem, że dobrze by ci zrobił wyjazd do Obozu Herosów.
- Co?
- No wiesz. Takie wakacje. Na jakieś dwa tygodnie. Frank zajmie się obozem i w ogóle… - nie dałam mu dokończyć. Wstałam szybko, zrzucając przy tym z biurka kilka papierów.
- Idę do siebie. – oznajmiłam. I wybiegłam z pokoju.
            Dobra, wiem. To nie było zbyt mądre. Ale po prostu musiałam stamtąd wyjść. Co on sobie wyobraża?! Nikt nie będzie mi rozkazywał! A już na pewno nie Jason. Wbiegłam do swojej sypialni i zamknęłam drzwi na klucz. Nie słyszałam jednak, żeby chłopak szedł za mną. Rzuciłam się na łóżku i wpatrywałam się w przestrzeń. Białe ściany i sufit. Skromne łóżko, szafka i lustro. I tyle. Nic więcej nie znajdowało się w tej sypialni… No może kilka zdjęć. Ale one były schowane głęboko w szafie. Nie widziałam ich, odkąd przyjechałam do obozu. Kiedy wyjęłam je z pudła.        
            Teraz miałam ogromną ochotę rzucić na nie okiem. Przełamałam się. Wstałam i podeszłam do drewnianej szafy. Uklęknęłam i otworzyłam najniższą szufladę. Pod kilkoma odznakami i papierami… były. Z jednego patrzyła na mnie mała Hylla, razem z naszym ojcem. Trzymał ją za rękę, był uśmiechnięty. Jego oczy też się śmiały. Kolejne przedstawiało chyba jakiś zjazd rodzinny. Było na nim wiele osób. Ja także. I ostatnie. To pamiętałam najlepiej. Ostatni dzień przed… Zmianą, która nastąpiła w ojcu. Trzymał mnie na ręku. Hylla stała obok. Śmiała się, kiedy ojciec głaskał ją po głowie. Poczułam, jak do oczu napływają mi łzy. Oddałabym wiele, żeby te czasy powróciły. Ale wiedziałam, że to tylko fantazje.
           Wrzuciłam zdjęcia do szuflady i gwałtownie ją zatrzasnęłam. Nie mogę żyć przeszłością. I w sumie, Jason ma rację. Przyda mi się odpoczynek od tego wszystkiego. Odpoczynek od odpowiedzialności. Wierzyłam, że Frank poradzi sobie z obozem, pod moją nieobecność. Wstałam i drżącymi rękoma otworzyłam drzwi. Poszłam z powrotem do Via Praetoria.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Bardzo was przepraszam za ten rozdział :(. Jest strasznie krótki i nic się nie dzieje, ale mam nadzieję, że wyszedł mi stylistycznie jako tako. Po prostu potrzebowałam czegoś takiego. Z perspektywy Reyny, w Obozie Jupiter. Kolejny rozdział już będzie normalny, a to potraktujcie po prostu, jako dopowiedzenie.
Proszę o komentowanie :)
Aviri

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Rozdział III (Annabeth)

Droga do obozu zajęła nam godzinę. Nie rozmawialiśmy dużo, tylko opowiedzieliśmy panu Jenkinsowi, co się stało i wyjaśniliśmy wszystko Lilly i Ethanowi. No, może nie w tej kolejności.
            Zatrzymaliśmy się przed bramą do obozu. Pomogłam wysiąść Percy’emu, ale czułam, jak słabnie. Chciało mi się płakać. Nie miałam pojęcia, jakie skutki może mieć jego czyn w tym muzeum. Wiedziałam, że uratował nam wszystkim życie, ale tak strasznie się bałam. Byłam pewna, że mój chłopak, aby mnie nie niepokoić, nie powiadomi mnie o tym, jak się czuje. Będzie się upierał, że dobrze, a ja będę widziała jego oczy, tracące blask.
- Idzie pan do obozu? – spytała Piper pana Jenkinsa.
- Nie, nie powinienem. Pojadę z powrotem do muzeum i spróbuję to jakoś wyjaśnić. Może też trochę pokombinuję mgłą. – Widzieliśmy już sosnę Thalli. Wisiało na niej złote runo, którego pilnował smok Peleus.
- Czy… czy to jest złote runo? – Lilly wskazała dłonią, na wzgórze i sosnę. Skinęłam głową. Dziewczyna wyglądała na zaskoczoną. Usłyszeliśmy ryk silnika i multivan odjechał w stronę miasta. Na bramie obozowej płonęły dwie pochodnie. Teraz zdałam sobie sprawę, że słońce powoli chowa się za horyzontem. Zaczynało robić się ciemno.
- Percy, jak się czujesz? – spytałam chyba po raz setny dzisiejszego dnia.
- Jest w porządku. – jego głos faktycznie brzmiał odrobinę lepiej.
- Chodźcie. – powiedziała Piper. Obejmowałam Percy’ego i byłam szczęśliwa, że mogę iść tak blisko niego. Kiedy weszliśmy za granicę obozu, wyczułam tam napięcie. Za to Ethan i Lilly wyglądali na zaskoczonych.
- I… to jest ten obóz? – spytał Ethan. I wtedy poczułam, jak Percy osuwa się w moich ramionach.

Percy

            Obudziłem się w obozowym szpitalu. Koło mnie siedziała Annabeth, ale zdążyła już się przebrać i umyć. Czułem się lepiej. Wtedy moja dziewczyna zobaczyła, że otworzyłem oczy.
- Percy! – powiedziała z troską. – Myślałam, że już się nie obudzisz. – chciałem wstać, pocieszyć ją, przytulić, ale kiedy spróbowałem się podnieść, cały świat zawirował.
- Nawet o tym nie myśl. Kładź się. – rozkazała.
- Jak długo? – spytałem zachrypniętym głosem.
- Dwie godziny. – to nie była dobra wiadomość – Zaraz jest ognisko i niestety będę musiała pójść. Skinąłem lekko głową. Wiedziałem, że dzieci Apolla na pewno nie pozwolą mi wyjść stąd co najmniej do jutra. Kiedy rozległ się gong, Annabeth wstała, pocałowała mnie delikatnie w usta i wyszła. Zostałem sam.
Annabeth
            Kochałam Percy’ego. Tego byłam pewna, ale wolałam nie myśleć, co by było, gdyby wiedział o Johnie. Ale nie wiedział. I tego musiałam się trzymać. Ukrywać to jak najdłużej. Nie chciałam mieć tajemnic przed moim Glonomóżdżkiem. I nie chciałam, żeby działo się to co się dzieje.
            Kiedy przechodziłam do pawilonu jadalnego, przyspieszyłam przy domku Hekate. Miałam nadzieję, że John mnie nie zobaczy. Zasłoniłam twarz lokami, ale i tak z daleka byłam rozpoznawalna. A on tam był. Stał i czekał na mnie. Szybko rozejrzałam się, sprawdzając, czy nie ma innej drogi, ale musiałam przejść tuż koło niego. Podszedł do mnie i chwycił mnie w talii.
- Dzisiaj. Na plaży. O 20:00. – wyszeptał mi do ucha. Chciałam się wyrwać, krzyczeć, ale on przyciągnął mnie bliżej i pocałował. Był silny, nie mogłam mu uciec. – Pamiętaj, jak nie będziesz współpracować, zabiję go. – wysyczał. Poczułam, że do oczu napływają mi łzy. Wiedziałam, że jest w stanie z zimną krwią zabić Percy’ego. W końcu mnie puścił. Pobiegłam w stronę ogniska. Łzy spływały mi po twarzy, ale się tym nie przejmowałam. Chciałam jak najszybciej oddalić się syna Hekate.
            Zajęłam swoje miejsce i wpatrywałam się w ogień. Nie był wysoki, a barwa przypominała raczej blady żółty. Wśród herosów widziałam Ethana i Lilly. Po chwili koło mnie usiadła Piper, a ja położyłam głowę na jej ramieniu. Miałam ochotę znów się rozpłakać.
- Annabeth, nie martw się. Percy już się lepiej czuje, prawda? – próbowała mnie pocieszyć. Ale nie tylko to mnie martwiło. John. To zaczęło się wczoraj i wiedzieliśmy o tym tylko my dwoje. Wzdrygnęłam się na myśl, że mamy ze sobą cokolwiek wspólnego. Na początku nie traktowałam tego poważnie. Dopiero, kiedy wróciłam do obozu, zdałam sobie sprawę, że nie kłamie w kwestii śmierci Percy’ego. John, jako syn Hekate, jest w stanie wyrządzić mu krzywdę na odległość. Bałam się też tego spotkania. Co ten idiota chce mi zrobić? Co mu to da? Zastanawiałam się też, czy po prostu chce mieć mnie dla siebie, czy z kimś współpracuje.
            Moje rozmyślania przerwał Chejron, który właśnie przyszedł, a może przykłusował do nas. Momentalnie zrobiło się cicho.
- Jak wiecie, dzisiaj trójka herosów: Perseusz Jackson, Annabeth Chase i Piper McLean na prośbę naszej obecnie nieobecnej wyroczni, udali się do jednego z muzeów na Manhattanie. Udało im się odnaleźć dwójkę półbogów i bezpiecznie odprowadzić ich do obozu. – tu zachęcająco uniósł rękę, a Lilly i Ethan wstali. Rozległy się mało entuzjastyczne oklaski. – Niestety jeden z nich odniósł poważne rany – kontynuował centaur, ale ja nie miałam pojęcia, po co. Wszyscy znali już najświeższe wiadomości o naszej „misji”. – Jest to heros, którego wszyscy już znacie, syn Posejdona Percy. – Ogień zmniejszył się o połowę i stracił kolor.
            Nikt nie miał ochoty na śpiewanie pieśni, więc Chejron tym razem zrobił wyjątek i obyło się bez tego.
            Zauważyłam, że w miejscu, gdzie siedzieli nowi herosi wybuchło zamieszanie. Usłyszałam głos, który niestety rozpoznawałam. Głos wyroczni.
Siódemka po raz drugi musi się złączyć,
aby Czarnego Pana z tronu ciemności strącić.
Jeden z was zdrajcą, wrogiem
Jeden owładnięty urokiem
Czerwień ze złotem w ostateczny rozrachunku połączone
To, co się zaczęło musi być dokończone.
            Nie powiem, że się nie przestraszyłam. Miałam nadzieję na rok bez przepowiedni, a tu, oczywiście jedna z nich. Widziałam, że wszyscy są w podobnym szoku. Poza tym, jeśli nasza siódemka znów miała wyruszyć na misję, oznaczało to, że Percy przeżyje, ale też, że…
- Leo żyje! – powiedziałam w tym samym momencie, co córka Afrodyty. Uśmiech rozjaśnił mi twarz, dopóki nie zaczęłam się zastanawiać, kto wygłosił przepowiednię. Lilly! Podbiegłam do niej, w tłum herosów, który się wokół niej utworzył. Nad jej głową widniał znak Apolla.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
BUAHAHAHA
Rozdział wyszedł dobrej długości i zasiałam trochę niepewności. Jakie rymy xD
Nie no, ale tak na serio. Wydaje mi się, że John jest ciekawą (ekhem) postacią, a Lilly, jak córka Apollina sprawi się nieźle. No to teraz rozkminiajcie przepowiednię xD
Proszę o szczere komentarze
Aviri
PS. Przepraszam, że rozdział dopiero dziś :( Niestety cały weekend nie miałam dostępu do tego tekstu. Dopiero co wróciłam do domu i pierwsze co zrobiłam to dodanie tego.

sobota, 16 stycznia 2016

Rozdział II (Percy)


                Jakby z oddali słyszałem krzyk Annabeth. Kiedy moje ciało wchłonęło pocisk, czułem się, jakbym miał w żyłach płynny ogień. Jednak nie udało mi się całkowicie zapobiec zapaleniu się magazynu. Jakiś odłamek spowodował pożar i dym, przez co oddychanie przychodziło mi z coraz większym trudem. Było mi strasznie gorąco. Kątem oka dostrzegłem, że tym nowym herosom udało się stąd wydostać. Widziałem też, że Annabeth i Piper do mnie podbiegają.
- Musimy stąd wyjść – powiedziała Annabeth, zanosząc się kaszlem. Starałem się patrzeć tylko na nią. Nawet całe w sadzy, w podartym ubraniu, była piękna. – Percy! Nie zamykaj oczy. – rozkazała, a ja zdałem sobie sprawę, że moje powieki robią się coraz cięższe. Piper, roztrzęsionymi rękoma, podała mi mały kawałek ambrozji, a później następny. Poczułem się nieco lepiej, a ból zelżał.
- Dam radę wstać – stwierdziłem, dziwiąc się jak słabo i szorstko brzmi mój głos. Spróbowałem usiąść, ale natychmiast zrobiło mi się czerwono przed oczami.
- Spróbuj jeszcze raz. – spokojnym głosem zachęcała mnie Annabeth, ale ja widziałem, jak bardzo jest zdenerwowana. Tym razem, udało mi się stanąć, ale bardziej polegałem na moich przyjaciółkach, niż na własnych nogach. Dym wypełniał już całe pomieszczenie, kiedy doszliśmy do drzwi. Płomienie lizały nasze twarze i ubrania, a temperatura była nie do wytrzymania. Dostęp czystego powietrza ożywił mnie jeszcze bardziej, niż ambrozja.
- Musimy stąd uciekać – powiedziała Annabeth, trochę do mnie i do Piper, a trochę w stronę tych nowych. Uświadomiłem sobie, że nadal nie wiemy, jak się oni nazywają, ale także to, że nie mamy czym jechać do obozu. Przecież nie możemy tak po prostu wsiąść w autobus, ani w taksówkę, a na pieszo będzie to trwało zbyt długo. W muzeum, jeszcze nikt nie wiedział o pożarze, bo grupka szkolna chodziła między eksponatami, jakby nic się nie stało. W naszą stronę szedł mężczyzna po czterdziestce.
- Annabeth? Co tu się dzieje do jasnej cholery!? – zapytał. Miał na sobie strój kustosza, a ja domyśliłem się, że jest to ten emerytowany półbóg, mimo tego, że mój mózg nie działał już zbyt dobrze.
- Pan Jenkins? – mógłby nas pan zawieźć do obozu? – zapytała Piper. Jej głos brzmiał już w miarę normalnie. Kiedy pracownik spojrzał na mnie, jego mina była niemal współczująca.
- Dobrze dzieciaki, ale po drodze opowiecie mi, co się stało. – powiedział – I, och! Ten młodzieniec chyba potrzebuje pomocy. - Nie widziałem, jak wyglądam, ale mogłem to sobie wyobrazić. Czarne, rozczochrane włosy, miejscami spalone. Zniszczone ubranie, blada cera, mniejsze rany i oparzenia w wielu miejscach. Jednak ani Annabeth, ani Piper nie wyglądały lepiej. Mężczyzna zbił szybkę „POŻAR” i nacisnął przycisk w środku. Rozległ się alarm, a kiedy uczniowie zrozumieli co się właśnie stało, zaczęli wrzeszczeć. Większość osób wybiegła na zewnątrz, a ochrona próbowała zachować jaki taki porządek.
- Dobra… Nie wiem, co tu się dzieje, ale nie wygląda to zbyt normalnie. Możecie nam to wytłumaczyć? – spytał ten chłopak.
- Kim jesteście? – dziewczyna także miała pytania. Z każdą mijającą sekundą czułem się coraz słabiej, a ambrozja przestawała działać. Nadal opierałem się na Annabeth i Piper, a one najwyraźniej poczuły, że opadam z sił.
- Usiądź, Percy. – poprosiła mnie moja dziewczyna, a ja z jej pomocą wykonałem polecenie. Wszystko mięśnie paliły mnie żywym ogniem, a przed oczami wirowało. Annabeth podała mi kawałek ambrozji. Poczułem smak niebieskiego tortu mojej mamy, żelków i cukierków, które przynosiła mi z cukierni w której pracowała.
- Posłuchajcie, cokolwiek się nie stanie, chyba wierzycie nam, że powinniśmy wydostać się z tego budynku, prawda? – Annabeth wskazała palcem drzwi magazynu, z których zaczęły powoli wynurzać się płomienie.
- Tak, w to akurat mogę uwierzyć. – stwierdził chłopak.
- Dobrze więc. Percy, możesz wstać? – usłyszałem w jej głosie ogromną troskę. Chciała posuwać się naprzód, nawet małymi kroczkami, a jednym z nich była właśnie ucieczka z budynku. Kiedy się do mnie zbliżyła, odgarnąłem jej za ucho niesforny kosmyk blond loków i lekko się uśmiechnąłem, chcąc dodać jej otuchy. Nagle cały świat zawirował mi przed oczami i zacząłem spadać w czerń.
            Ocknąłem się w samochodzie. Jechaliśmy z dość dużą prędkością przez Manhattan. Czułem się słabo, ale ból zelżał.
- Percy! Obudziłeś się. – powiedziała Annabeth i mocno mnie objęła. – Tak się martwiłam.
- Co się dzieje? Gdzie jesteśmy? – zapytałem nieprzytomnie, a Annabeth chwyciła mnie za rękę.
- Jesteśmy bezpieczni. – wyszeptała. No tak, bezpieczni. Jeśli w ogóle w życiu herosa istnieje coś takiego, jak bezpieczeństwo. Rozejrzałem się. Siedzieliśmy w multivanie. Pan Jenkins, jako kierowca z przodu, z tyłu ja, Annabeth i Piper, a naprzeciwko nas ci herosi. Zaczynało mnie już drażnić, że nadal nie wiem, jak mają na imię. Wiedziałem, że rozmawiali. I to dosyć długo.
- Ile byłem nieprzytomny? – mój głos nadal brzmiał słabo.
- Pół godziny – odpowiedziała mi Piper. – To jest Lilly, a to Ethan. Już wszystko wiedzą. – tylko lekko skinąłem głową. Bałem się, że ból w każdej chwili może powrócić, a nie chciałem znowu zemdleć. Trzymałem za rękę Annabeth, a ona patrzyła na mnie z lekkim niepokojem.
- Jeśli dobrze rozumiem, sugerujecie, że wsiadłam do jednego samochodu z czwórką osób, które uważają się za herosów? – spytała Lilly.
- Tak? – odpowiedziała Piper – Ale nie próbujesz z niego wysiąść, ani zadzwonić na policję. To chyba znak, że wierzysz nam chociaż po części.
- Oczywiście, że wam wierzę. To jedyne wyjaśnienie, tego co widziałam. – odparła pogrążona we własnych myślach. Przez całą drogę do obozu, panowała cisza.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Rozdział krótki. Tak wiem, poprawię się. Ale po prostu tutaj był najlepszy moment na zakończenie.
Proszę o szczere komentarze ^^
Aviri

sobota, 9 stycznia 2016

Rozdział I (Piper)

Oczywiście nawet dobrze zapowiadający się dzień nie mógł się skończyć normalnie. Chyba muszę się przyzwyczaić.
            Zaczęło się niewinnie. Stałam razem z Percy'm i Annabeth w kolejce do jednego z muzeów na Manhattanie. Przed nami była jakaś duża grupa, zapewne wycieczka szkolna, ale nie było dużego tłoku. Bo kto by chciał w piątkowe popołudnia zwiedzać muzea? My także nie mieliśmy na to ochoty. Ale wczoraj dostaliśmy iryfon od Rachael. Poprosiła nas, żebyśmy sprawdzili to muzeum. Nie wyjaśniła szczegółów, ale uznaliśmy, że nie zaszkodzi tu wejść.
- Powinniśmy być teraz w obozie i pomagać z rannymi. – stwierdziła Annabeth.
- Jeśli Rachael ma jednak rację i coś tu jest? Wtedy musimy to znaleźć. – Percy także nie był do tego pomysłu zbyt optymistycznie nastawiony, ale faktycznie tak mogło być.
- Ty zawsze jej bronisz. – Annabeth uśmiechnęła się do niego nonszalancko.
- Odczep się. – dzielnie próbował z tego wybrnąć Percy, trącając dziewczynę lekko w bok. Roześmiała się. Ja także nie mogłam się pohamować. Śmiałam się po raz pierwszy od... w sumie nawet nie wiedziałam od kiedy. Na pewno od bardzo dawna. Pierwszy raz od pokonana Gai miałam okazję wyrzucić z siebie całe to napięcie. Ostatni tydzień był wykańczający pod względem psychicznym i fizycznym. W obozie cały czas było coś do zrobienia. Bardzo wielu herosów zostało rannych, więc zajmowały się nimi nie tylko dzieci Apollina. Poza tym nadal nie opadła aura żałoby. Między innymi po Leonie, ale też po wielu innych. Zaczęłam już wierzyć, że on naprawdę zginął. Wiem, że naiwnością było nawet mieć nadzieję. Przecież on nie był w stanie sam sobie podać lekarstwa lekarza... A na pewno nie mógł przeżyć tego wybuchu.
            Strażnicy przy wejściu wpuścili do muzeum hałaśliwą grupę szkolną. Nauczyciele bezskutecznie próbowali uciszyć uczniów. Powoli posuwaliśmy się do przodu.
- Musimy wejść na prośbę Rachael – wypaliłam, kiedy już byliśmy przy strażnikach.
- Nie macie biletów? – ostro zareagował mężczyzna. Kiedy spojrzałam na jego twarz, zrozumiałam, jaki błąd popełniłam. Jeden ze strażników pracujących w muzeum był półbogiem na emeryturze. Ale z całą pewnością to nie był on.
- To dzisiaj nie pracuje pan Jenkins? – pomogła mi Annabeth.
- Jak widać. – odparł drugi.
- No to my może kupimy bilety.
- Nie jestem pewien, czy jeszcze jakieś są, ale zobaczmy. – odpiął plecak leżący koło niego i wyjął z niego trzy zwitki papierów.
- Macie szczęście – skomentował. Percy wyjął pieniądze z kieszeni i podał strażnikowi. Dostaliśmy bilety, które nam od razu skasowali. Weszliśmy do środka. Muzeum nie było zbyt duże, ani też zbyt interesujące. Miało dwa piętra. Na pierwszym był jakiś sklepik z pamiątkami, toalety, kawiarnia i szatnia. Dopiero na drugim piętrze zaczynały się eksponaty. Na górze nie było prawie nikogo. Większość osób z wycieczki poszło do kawiarni albo do sklepu z pamiątkami. Nie było tam też zbyt dużo rzeczy. Na podestach stały repliki rzeźb bogów greckich i rzymskich… Zresztą, jak w wielu innych muzeach.
- I czego my tu mamy niby szukać? – spytała z rezygnacją Annabeth – przecież tu nic nie ma.
- Zacznijmy może od tej kawiarni. Jestem głodny – zaproponował Percy.   I ja i Annabeth zupełnie go zignorowałyśmy i podeszły do pierwszego posągu. Oczywiście Zeus. Była to zwykła marmurowa rzeźba, nic szczególnego. Udało nam się jeszcze spojrzeć na Herę i Atenę, ale później coś się stało. Nawet nie wiem co dokładnie. Po prostu poczułam, że nie jest tu bezpiecznie. Kiedy się odwróciłam w moją stronę szła kobieta. Miała kruczoczarne włosy, które spięła w luźny kok. Kilka pasemek wypadło z upięcia i opadało na twarz. Ubrana była w pasteloworóżową bluzkę z krótkim rękawem. Do tego ciemne dżinsy i buty na obcasie.
-  Ktoś idzie – powiedziałam do Percy’ego i Annabeth, ale oni już patrzyli w stronę tej kobiety. Po chwili uświadomiłam sobie coś jeszcze. Kobieta wyglądała na zagniewaną, a obok niej szły jeszcze dwie osoby. Chyba uczniowie. Dziewczyna miała może 16 lat, była średniego wzrostu i szczupła. Szczególną uwagę zwracały jej oczy. Ciemnozielone, duże, w kształcie migdałów. Teraz były zmęczone, a niedawny blask przykryło zamyślenie, a może nawet smutek. Chłopak szedł, trzymając ją za rękę. Miał ciemne włosy i niebieskie oczy. Wyminęli nas, zupełnie nie zwracając na nas uwagi. Kobieta weszła przez najbliższe drzwi, a ta dwójka za nią.
- Idziemy tam? – zapytał Percy.
- Wydaje mi się, że powinniśmy. Mam złe przeczucia. – powiedziałam.
- Zgadzam się z Piper. Tu coś się dzieje.
            Teraz nie wiem, czy dobrze zrobiliśmy, idąc tam. Albo chociaż mogliśmy… Nie, dobra nie mogliśmy. Nie mieliśmy wyboru.
            Drzwi były opatrzone nalepką „tylko dla personelu”, ale nie miały żadnego zamka, więc po prostu je otworzyliśmy. Coś usłyszałam. Przyciszoną rozmowę, ale też szczęk metalu. Zaczęłam biec. Wiedziałam, że moi przyjaciele dotrzymują mi kroku. Wpadłam na jedną z drewnianych skrzynek, których było wiele w tym pomieszczeniu. Nie widziałam zbyt wiele, ale po chwili ciemność przede mną rozświetlił miecz Percy’ego. Teraz mogłam bez trudu dostrzec tynk, opadający ze ścian, porysowaną podłogę w nijakim kolorze, duże pajęczyny w rogach pokoju i to, że Annabeth na ten widok się wzdrygnęła. Widziałam też tą trójkę ludzi. Chłopak i dziewczyna skulili się przy jednej ze ścian, a ta kobieta szła powoli w ich kierunku, trzymając w jednej ręce krótki sztylet. Spojrzałam na Annabeth. Szybkim gestem, wytłumaczyła mi swój plan. Był prosty. Ja z lewej, Percy z prawej, ona od tyłu. Kiedy tylko zrobiliśmy pierwszy krok, kobieta odwróciła się do nas.
- Widzę, że mamy towarzystwo – powiedziała z szyderczym uśmiechem. Percy wycelował w nią swoją broń.
- Zostaw ich. To nas szukałaś.
- O nie, nie, nie. Szukałam ich, Perseuszu Jacksonie. Ale chętnie obejrzę także twoją śmierć.
- Zaraz. Poczekaj chwilę. Nie jesteś człowiekiem, prawda? A oni też są herosami? – zapytałam.
- Aż tak trudno było się domyślić? Skończmy to szybko.
- Idźcie i schowajcie się za jednym z tych pudeł – kazała Annabeth nowym półbogom. Dziewczyna pociągnęła chłopaka za jedno z pudeł.
- Kim tak w ogóle jesteś? – spytała Annabeth.
- Nimfą.
- Nimfą? Przecież nimfy są dobre – zaoponowałem.
- Kto powiedział, że jestem zła? Ale skończmy już tą gadkę.
- Jak masz na imię? – spytałam jednak.
- Jestem Kyllene. – w tym samym momencie, posłała ognisty pocisk w stronę skrzyń za którymi ukryli się herosi. Percy dokonał wyboru w ciągu ułamka sekundy. Skoczył, odbijając pocisk ramieniem, a jego ciało, jakby wchłonęło ogień.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
A no więc i jest rozdział I
Wyszedł dosyć długi, a jeśli chodzi o treść, to chyba jest do zniesienia xD
Proszę o szczere komentarze, bo one naprawdę motywują.
Aviri

czwartek, 31 grudnia 2015

Prolog (Lilly)


      Ponoć wystarczy jeden dzień, jeden poranek, aby rozpocząć nowe życie. Jeden dzień, który zmienia wszystko, w którym cały nasz świat wywraca się do góry nogami. Może obalmy mit? Takie rzeczy dzieją się tylko w książkach. W tanich romansach, czy powieściach fantasy…. Ale skończmy mówić już o śmiertelnikach. Przejdźmy do świata półbogów, gdzie takie sytuacje są codziennością.
Obudziłam się z krzykiem. Moje serce biło jak szalone, a ja próbowałam uspokoić oddech. Kolejny koszmar. Zerknęłam na zegarek. Wpół do trzeciej. Mocno zacisnęłam powieki. Te sny nawiedzały mnie od około tygodnia i nigdy nie wróżyły nic dobrego. Najgorsze było to, że nie wiedziałam, co się dzieje. Po prostu z przerażeniem obserwowałam okropne sceny. Jakieś głosy mówiły do mnie z otchłani ciemności, widziałam wielką czeluść pełną obrzydliwych stworów, niegdyś piękne miejsce będące teraz tylko ruiną, wśród której leżały tysiące trupów, krwawe ofiary dla… no właśnie, dla kogo? Na to pytanie nie znałam odpowiedzi. I… Ethana. Tak, to zdecydowanie było najgorsze. Mój chłopak stał pośrodku tego wszystkiego i wcale, a wcale nie okazywał strachu. On wręcz emanował pewnością siebie, jakby to wszystko nie było mu obce. Próbowałam go wołać, podejść do niego, poprosić go, żebyśmy stąd poszli, ale on mnie nie słuchał. Stał na jedynym ocalałym podeście, pośród morza ciał. Dokładniej przyglądając się ruinom, zobaczyłam ich dawną świetność. Wiele elementów było charakterystyczne dla Rzymu. Białe kolumny podtrzymywały dachy dużych, pięknych budowli. Kwiaty wiły się wokół kolumn, a pnącza porastały marmurowe ściany. Niedaleko przepływała rzeczka i wpadała do niewielkiego jeziorka. Oba brzegi łączył most. Droga wiodła do budynków, w których mieściły się łaźnie i sypialnie. Wszędzie rosło wiele kwiatów, a z najwyższego wzgórza był widok na cały ten raj. Kiedy znów rozpraszałam wzrok, ten sielankowy obraz znikał, a moim oczom ukazywały się ruiny, skalane krwią tylu ofiar. Moją uwagę zwróciły szczególnie ich ubrania. Jedni mieli fioletowe, a drudzy pomarańczowe koszulki, z których napisów nie potrafiłam odczytać, bo były zbyt zniszczone. Nie wyglądało jednak na to, żeby walczyli ze sobą.
-To Nowy Rzym, Lilly. Piękny, prawda? – Odezwał się niespodziewanie Ethan. Nie miałam pewności, czy mówi on o ruinach, czy o tym niesamowitym obrazie. - ON może nam to wszystko dać. Już nigdy nie zaznamy upokorzenia, czy bólu ze strony tych tu oto – kopnął ciało, leżące najbliżej niego. Był to chłopak o ciemnych, rozczochranych włosach. Miał zamknięte oczy, a w jego boku widziałam paskudną ranę, z której wypływała krew. Ethan powoli odwrócił się w moją stronę. Jego oczy, zwykle niebieskie, teraz świeciły na złoto. Nie mogłam nic w nich odczytać, ale wiedziałam, że nie jest sobą.
Tak bardzo pogrążyłam się w rozmyślaniach, że nie usłyszałam, że ktoś wchodzi do pokoju.
- Lilly? – Tak, to był on. Wszędzie rozpoznałabym ten głos. – Słyszałem, że krzyczałaś. Co się stało? – Powiedział to tym swoim opiekuńczym tonem, na którego dźwięk wzdychały wszystkie dziewczyny w Misty High.
- To nic takiego. – Odpowiedziałam słabym głosem. Czułam, że nie powinnam opowiadać mu mojego snu. Usiadł naprzeciwko mnie na łóżku i pocałował mnie delikatnie w czoło, odgarniając przy tym moje włosy. Nie drążył tematu. Za to go kochałam. Nie potrzebował wyjaśnień. Wystarczało mu tylko to, że jestem tu koło niego, że czuje mój dotyk i że się mną opiekuje.
- Miałam koszmar – wyszeptałam. Nagle usłyszałam odległe kroki na korytarzu. - Idź już Ethan - powiedziałam. - Jeszcze cię przyłapią.
- I co z tego? - Miał ten swój szelmowski uśmiech, któremu nie mogłam się oprzeć. Sama nie chciałam, żeby odchodził. Marzyłam o tym, żeby zasnąć wtulona w jego silne ramiona, w których zawsze mogłam znaleźć schronienie. Nie chciałam jednak, żeby miał przeze mnie kłopoty.
- I to z tego, że nie pozwolą nam się jutro spotkać, głupku. - Powiedziałam to z uśmiechem na twarzy. Ten chłopak zawsze potrafił poprawić mi humor.
- Dlaczego mnie wyganiasz? - Spytał ze smutną miną, a ja spojrzałam na niego takim wzrokiem, że nawet on ustąpił. - Dobra, dobra już idę - Powiedział z uśmiechem. Wstał i pocałował mnie delikatnie w usta, po czym wyszedł powoli, w drzwiach jeszcze raz spoglądając na mnie. I zdałam sobie sprawę z tego, jaka jestem zmęczona. Od tych koszmarów chyba zaczynałam mieć halucynacje. Bo gdy spojrzał na mnie po raz ostatni jego oczy nie były niebieskie. Świeciły się na złoto, tak jak w tym śnie, a ja zobaczyłam w nich odbite okrucieństwo i determinacje. Mój humor prysł w jednej chwili, bo przypomniał mi się ten koszmar. Wiedziałam już, że przez tę noc nie zmrużę oka.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Mamy prolog! Udało mi się go wrzucić wcześniej bo także wcześniej ogarnęłam wygląd bloga xD
Proszę o szczere komentarze, bo one naprawdę motywują.
Aviri




środa, 30 grudnia 2015

Początki są czasem trudne

       Witajcie herosi! Zapraszam oczywiście także tych, którzy herosami dopiero zostaną. Ale zacznijmy od początku. Ten blog będzie moją kontynuacją serii książek znanego autora – Ricka Riordana. A mianowicie seria nosi zaszczytny tytuł „Olimpijscy Herosi” xD. Jak zapewne większość z Was wie, historia opowiada o dzieciach greckich i rzymskich bogów i bogiń. Będę ciągnęła dalsze losy naszych kochanych bohaterów, nie tylko głównych, bo także pojawi się Reyna, Nico, Kalipso, Thalia… A nawet odegrają znaczącą rolę. Oczywiście wprowadzeni zostaną także nowi bohaterowie. Prologu spodziewajcie się w sobotę, bo do tego czasu mam zamiar w jakimś stopniu ogarnąć wygląd bloga.

     Może teraz trochę o mnie. Będę się tu podpisywała Aviri. Nie pytajcie mnie dlaczego, co to znaczy, bo sama nie mam pojęcia xP. Mam 14 lat, ciemnobrązowe, lekko falujące włosy i oczy w bardzo dziwnym kolorze. Czasami są szaro-niebieskie, a czasami szaro-zielone. Mniejsza z tym. Zacznijmy naszą przygodę w Obozie Półkrwi.

Ave, herosi!

Aviri ^^