Oczywiście nawet dobrze zapowiadający się dzień nie mógł się skończyć normalnie. Chyba muszę się przyzwyczaić.
Zaczęło się niewinnie. Stałam razem z Percy'm i Annabeth w kolejce do jednego z muzeów na Manhattanie. Przed nami była jakaś duża grupa, zapewne wycieczka szkolna, ale nie było dużego tłoku. Bo kto by chciał w piątkowe popołudnia zwiedzać muzea? My także nie mieliśmy na to ochoty. Ale wczoraj dostaliśmy iryfon od Rachael. Poprosiła nas, żebyśmy sprawdzili to muzeum. Nie wyjaśniła szczegółów, ale uznaliśmy, że nie zaszkodzi tu wejść.
Zaczęło się niewinnie. Stałam razem z Percy'm i Annabeth w kolejce do jednego z muzeów na Manhattanie. Przed nami była jakaś duża grupa, zapewne wycieczka szkolna, ale nie było dużego tłoku. Bo kto by chciał w piątkowe popołudnia zwiedzać muzea? My także nie mieliśmy na to ochoty. Ale wczoraj dostaliśmy iryfon od Rachael. Poprosiła nas, żebyśmy sprawdzili to muzeum. Nie wyjaśniła szczegółów, ale uznaliśmy, że nie zaszkodzi tu wejść.
- Powinniśmy być teraz w obozie i pomagać z rannymi. – stwierdziła Annabeth.
- Jeśli Rachael ma jednak rację i coś tu jest? Wtedy musimy to znaleźć. – Percy także nie był do tego pomysłu zbyt optymistycznie nastawiony, ale faktycznie tak mogło być.
- Ty zawsze jej bronisz. – Annabeth uśmiechnęła się do niego nonszalancko.
- Odczep się. – dzielnie próbował z tego wybrnąć Percy, trącając dziewczynę lekko w bok. Roześmiała się. Ja także nie mogłam się pohamować. Śmiałam się po raz pierwszy od... w sumie nawet nie wiedziałam od kiedy. Na pewno od bardzo dawna. Pierwszy raz od pokonana Gai miałam okazję wyrzucić z siebie całe to napięcie. Ostatni tydzień był wykańczający pod względem psychicznym i fizycznym. W obozie cały czas było coś do zrobienia. Bardzo wielu herosów zostało rannych, więc zajmowały się nimi nie tylko dzieci Apollina. Poza tym nadal nie opadła aura żałoby. Między innymi po Leonie, ale też po wielu innych. Zaczęłam już wierzyć, że on naprawdę zginął. Wiem, że naiwnością było nawet mieć nadzieję. Przecież on nie był w stanie sam sobie podać lekarstwa lekarza... A na pewno nie mógł przeżyć tego wybuchu.
Strażnicy przy wejściu wpuścili do muzeum hałaśliwą grupę szkolną. Nauczyciele bezskutecznie próbowali uciszyć uczniów. Powoli posuwaliśmy się do przodu.
- Musimy wejść na prośbę Rachael – wypaliłam, kiedy już byliśmy przy strażnikach.
- Nie macie biletów? – ostro zareagował mężczyzna. Kiedy spojrzałam na jego twarz, zrozumiałam, jaki błąd popełniłam. Jeden ze strażników pracujących w muzeum był półbogiem na emeryturze. Ale z całą pewnością to nie był on.
- To dzisiaj nie pracuje pan Jenkins? – pomogła mi Annabeth.
- Jak widać. – odparł drugi.
- No to my może kupimy bilety.
- Nie jestem pewien, czy jeszcze jakieś są, ale zobaczmy. – odpiął plecak leżący koło niego i wyjął z niego trzy zwitki papierów.
- Macie szczęście – skomentował. Percy wyjął pieniądze z kieszeni i podał strażnikowi. Dostaliśmy bilety, które nam od razu skasowali. Weszliśmy do środka. Muzeum nie było zbyt duże, ani też zbyt interesujące. Miało dwa piętra. Na pierwszym był jakiś sklepik z pamiątkami, toalety, kawiarnia i szatnia. Dopiero na drugim piętrze zaczynały się eksponaty. Na górze nie było prawie nikogo. Większość osób z wycieczki poszło do kawiarni albo do sklepu z pamiątkami. Nie było tam też zbyt dużo rzeczy. Na podestach stały repliki rzeźb bogów greckich i rzymskich… Zresztą, jak w wielu innych muzeach.
- I czego my tu mamy niby szukać? – spytała z rezygnacją Annabeth – przecież tu nic nie ma.
- Zacznijmy może od tej kawiarni. Jestem głodny – zaproponował Percy. I ja i Annabeth zupełnie go zignorowałyśmy i podeszły do pierwszego posągu. Oczywiście Zeus. Była to zwykła marmurowa rzeźba, nic szczególnego. Udało nam się jeszcze spojrzeć na Herę i Atenę, ale później coś się stało. Nawet nie wiem co dokładnie. Po prostu poczułam, że nie jest tu bezpiecznie. Kiedy się odwróciłam w moją stronę szła kobieta. Miała kruczoczarne włosy, które spięła w luźny kok. Kilka pasemek wypadło z upięcia i opadało na twarz. Ubrana była w pasteloworóżową bluzkę z krótkim rękawem. Do tego ciemne dżinsy i buty na obcasie.
- Ktoś idzie – powiedziałam do Percy’ego i Annabeth, ale oni już patrzyli w stronę tej kobiety. Po chwili uświadomiłam sobie coś jeszcze. Kobieta wyglądała na zagniewaną, a obok niej szły jeszcze dwie osoby. Chyba uczniowie. Dziewczyna miała może 16 lat, była średniego wzrostu i szczupła. Szczególną uwagę zwracały jej oczy. Ciemnozielone, duże, w kształcie migdałów. Teraz były zmęczone, a niedawny blask przykryło zamyślenie, a może nawet smutek. Chłopak szedł, trzymając ją za rękę. Miał ciemne włosy i niebieskie oczy. Wyminęli nas, zupełnie nie zwracając na nas uwagi. Kobieta weszła przez najbliższe drzwi, a ta dwójka za nią.
- Idziemy tam? – zapytał Percy.
- Wydaje mi się, że powinniśmy. Mam złe przeczucia. – powiedziałam.
- Zgadzam się z Piper. Tu coś się dzieje.
Teraz nie wiem, czy dobrze zrobiliśmy, idąc tam. Albo chociaż mogliśmy… Nie, dobra nie mogliśmy. Nie mieliśmy wyboru.
Drzwi były opatrzone nalepką „tylko dla personelu”, ale nie miały żadnego zamka, więc po prostu je otworzyliśmy. Coś usłyszałam. Przyciszoną rozmowę, ale też szczęk metalu. Zaczęłam biec. Wiedziałam, że moi przyjaciele dotrzymują mi kroku. Wpadłam na jedną z drewnianych skrzynek, których było wiele w tym pomieszczeniu. Nie widziałam zbyt wiele, ale po chwili ciemność przede mną rozświetlił miecz Percy’ego. Teraz mogłam bez trudu dostrzec tynk, opadający ze ścian, porysowaną podłogę w nijakim kolorze, duże pajęczyny w rogach pokoju i to, że Annabeth na ten widok się wzdrygnęła. Widziałam też tą trójkę ludzi. Chłopak i dziewczyna skulili się przy jednej ze ścian, a ta kobieta szła powoli w ich kierunku, trzymając w jednej ręce krótki sztylet. Spojrzałam na Annabeth. Szybkim gestem, wytłumaczyła mi swój plan. Był prosty. Ja z lewej, Percy z prawej, ona od tyłu. Kiedy tylko zrobiliśmy pierwszy krok, kobieta odwróciła się do nas.
- Widzę, że mamy towarzystwo – powiedziała z szyderczym uśmiechem. Percy wycelował w nią swoją broń.
- Zostaw ich. To nas szukałaś.
- O nie, nie, nie. Szukałam ich, Perseuszu Jacksonie. Ale chętnie obejrzę także twoją śmierć.
- Zaraz. Poczekaj chwilę. Nie jesteś człowiekiem, prawda? A oni też są herosami? – zapytałam.
- Aż tak trudno było się domyślić? Skończmy to szybko.
- Idźcie i schowajcie się za jednym z tych pudeł – kazała Annabeth nowym półbogom. Dziewczyna pociągnęła chłopaka za jedno z pudeł.
- Kim tak w ogóle jesteś? – spytała Annabeth.
- Nimfą.
- Nimfą? Przecież nimfy są dobre – zaoponowałem.
- Kto powiedział, że jestem zła? Ale skończmy już tą gadkę.
- Jak masz na imię? – spytałam jednak.
- Jestem Kyllene. – w tym samym momencie, posłała ognisty pocisk w stronę skrzyń za którymi ukryli się herosi. Percy dokonał wyboru w ciągu ułamka sekundy. Skoczył, odbijając pocisk ramieniem, a jego ciało, jakby wchłonęło ogień.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
A no więc i jest rozdział I
Wyszedł dosyć długi, a jeśli chodzi o treść, to chyba jest do zniesienia xD
Proszę o szczere komentarze, bo one naprawdę motywują.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz