Siedzieliśmy z Jasonem w Via Praetoria i próbowaliśmy stworzyć plan jednej ze świątyń. Nie za bardzo nam to szło. W pomieszczeniu było zimno. A mój nowy płaszcz, który dostałam od Ateny, chociaż kuloodporny, nie zapewniał, ani trochę ciepła. Na stole zawalonym ogromną ilością papierów, postawiłam gorącą czekoladę, która już dawno zdążyła wystygnąć. Jason od niechcenia machnął ołówkiem kolejną kolumnę na kartce leżącej przed nim.
- To bez sensu. – stwierdził, podpierając głowę rękoma. Odruchowo sięgnęłam po kubek i wypiłam łyk. Napój był zimny i gorzki.
- Fuj! – powiedziałam głośno. Syn Jupitera roześmiał się. Odsunęłam czekoladę daleko od siebie, aby jeszcze raz jej nie spróbować. Ja także się uśmiechnęłam. Jednak, kiedy spojrzałam w niebieskie oczy chłopaka, od razu spoważniałam.
- Kończmy już to. – powiedziałam ostro. Nasza rozmowa w końcu zawsze tak wyglądała. Jeśli chodzi o herosów płci męskiej, zachowywałam się normalnie tylko przy Nico, albo przy Franku. Poza tym „normalnie” to też w moim przypadku pojęcie względne. Ale przy nich czułam, że mogę choć na chwilę przestać udawać.
Chłopak chyba zauważył moje dziwne zachowanie, bo spojrzał na mnie i westchnął.
- Reyna – zaczął – wiem, jak się czujesz…
- Nie wiesz, jak się czuję i proszę cię, nie drąż tego tematu. – szepnęłam niemal błagalnie. W pokoju zaczynało się robić coraz bardziej niezręcznie. Po raz setny pochyliłam się nad kartką papieru i założyłam czarnego warkocza za ramię.
- Przydałaby się Annabeth – skomentowałam, nie patrząc w stronę Jasona.
- Zostawmy to dzisiaj – powiedział. Spojrzałam na niego dziwnie, ale odłożyłam ołówek. – I tak nic z tego nie będzie. Pomyślałem… Pomyślałem, że dobrze by ci zrobił wyjazd do Obozu Herosów.
- Co?
- No wiesz. Takie wakacje. Na jakieś dwa tygodnie. Frank zajmie się obozem i w ogóle… - nie dałam mu dokończyć. Wstałam szybko, zrzucając przy tym z biurka kilka papierów.
- Idę do siebie. – oznajmiłam. I wybiegłam z pokoju.
Dobra, wiem. To nie było zbyt mądre. Ale po prostu musiałam stamtąd wyjść. Co on sobie wyobraża?! Nikt nie będzie mi rozkazywał! A już na pewno nie Jason. Wbiegłam do swojej sypialni i zamknęłam drzwi na klucz. Nie słyszałam jednak, żeby chłopak szedł za mną. Rzuciłam się na łóżku i wpatrywałam się w przestrzeń. Białe ściany i sufit. Skromne łóżko, szafka i lustro. I tyle. Nic więcej nie znajdowało się w tej sypialni… No może kilka zdjęć. Ale one były schowane głęboko w szafie. Nie widziałam ich, odkąd przyjechałam do obozu. Kiedy wyjęłam je z pudła.
Teraz miałam ogromną ochotę rzucić na nie okiem. Przełamałam się. Wstałam i podeszłam do drewnianej szafy. Uklęknęłam i otworzyłam najniższą szufladę. Pod kilkoma odznakami i papierami… były. Z jednego patrzyła na mnie mała Hylla, razem z naszym ojcem. Trzymał ją za rękę, był uśmiechnięty. Jego oczy też się śmiały. Kolejne przedstawiało chyba jakiś zjazd rodzinny. Było na nim wiele osób. Ja także. I ostatnie. To pamiętałam najlepiej. Ostatni dzień przed… Zmianą, która nastąpiła w ojcu. Trzymał mnie na ręku. Hylla stała obok. Śmiała się, kiedy ojciec głaskał ją po głowie. Poczułam, jak do oczu napływają mi łzy. Oddałabym wiele, żeby te czasy powróciły. Ale wiedziałam, że to tylko fantazje.
Wrzuciłam zdjęcia do szuflady i gwałtownie ją zatrzasnęłam. Nie mogę żyć przeszłością. I w sumie, Jason ma rację. Przyda mi się odpoczynek od tego wszystkiego. Odpoczynek od odpowiedzialności. Wierzyłam, że Frank poradzi sobie z obozem, pod moją nieobecność. Wstałam i drżącymi rękoma otworzyłam drzwi. Poszłam z powrotem do Via Praetoria.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Bardzo was przepraszam za ten rozdział :(. Jest strasznie krótki i nic się nie dzieje, ale mam nadzieję, że wyszedł mi stylistycznie jako tako. Po prostu potrzebowałam czegoś takiego. Z perspektywy Reyny, w Obozie Jupiter. Kolejny rozdział już będzie normalny, a to potraktujcie po prostu, jako dopowiedzenie.
Proszę o komentowanie :)
Aviri